„Niech pan idzie wypije wiadro wódki. Jak pan nie umrze, to ja tu czekam” dr. Bohdan Woronowicz.

Przychodzą na terapię dla świętego spokoju. Chcą usłyszeć, że wszystko jest z nimi w porządku. Albo przychodzą żony. I wtedy on im radzi, żeby pozwoliły mężowi się skompromitować. Bohdan Tadeusz Woronowicz to jeden z najbardziej rozpoznawalnych terapeutów uzależnień w Polsce, leczył m.in. Borysa Szyca. W wywiadzie mówi nam o tym, że aby wyjść na prostą, najpierw trzeba wylądować na dnie i o tym, że powinno nam się ograniczyć dostęp do alkoholu. Podczas gdy na świecie spada spożycie alkoholu, Polacy piją coraz więcej. Od lat spożycie alkoholu z roku na rok rośnie. W tej chwili średnio każdy Polak pije 9,41 litra czystego alkoholu rocznie. Ta liczba jednak dotyczy także dzieci. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko osoby powyżej 15. roku życia – wyjdzie 11 litrów na głowę. To dwa drinki dziennie.

Katarzyna Świerczyńska: Dużo pijemy?

Bohdan Tadeusz Woronowicz: Dużo. Jesteśmy rozpitym narodem. Pije pani dwa litry wódki miesięcznie. Pół litra tygodniowo. Ja? Zdecydowanie nie wyrabiam tej średniej. Ja też. Czyli ktoś wypija naszą część. Według szacunków 70 procent spożywanego przez nas alkoholu wypija 17 procent społeczeństwa. Doskonale pamiętam, jak w roku 1980 po raz pierwszy ogłoszono, że pijemy prawie 8,5 litra rocznie na głowę. Moi starsi koledzy, którzy te badania robili, mieli do tego podejście patriotyczne – skoro pijemy tak dużo, to znaczy, że komuniści chcą nas najpierw rozpić, a potem wykończyć, a więc grozi nam zagłada. Ludzie pili więc coraz mniej i to spożycie alkoholu rzeczywiście zaczęło spadać. Po okresie transformacji osiągnęło sześć litrów z hakiem. A potem mamy już tylko wzrost. Między innymi dlatego, że alkohol jest zbyt łatwo dostępny.

Jaki jest współczesny alkoholik?

Na pewno mniej jest „czystych alkoholików” – takich, którzy są uzależnieni tylko od alkoholu. 20 czy 30 lat był tylko alkohol. Dziś coraz częściej dochodzą inne uzależnienia – od narkotyków, leków, ale też różnych zachowań, na przykład związanych z seksem. Mamy więc uzależnienia mieszane. Przychodzi sporo młodych osób, coraz więcej kobiet. Piją, żeby się odstresować.

Przychodzi do pana człowiek i mówi: jestem alkoholikiem?

Zwykle przychodzi po to, żeby usłyszeć, że wszystko z nim w porządku. Bo wysłała go rodzina albo szef, więc dla świętego spokoju przyszedł. Ale nie po to, żeby się leczyć, tylko pokazać innym: chcieliście terapeuty, to poszedłem, i proszę, nie mam problemu, odczepcie się. Albo przychodzi, bo nagle poczuł, że coś mu się wymyka spod kontroli. Bo do tej pory pił tylko w weekendy, a ostatnio kilka razy ten weekend przedłużył mu się do poniedziałku i nie poszedł do pracy. Ale tak naprawdę też liczy na to, że ja powiem, że w sumie nic się nie stało. Bardzo często najpierw przychodzą bliscy. Na przykład wczoraj: kobieta, która zauważyła, że jej mąż dużo pracuje, nie śpi, jest klapnięty, a potem nagle staje się pełen energii, ożywiony. Podejrzewa, że bierze kokainę albo amfetaminę, ale mąż nie chce z nią rozmawiać, wszystkiemu zaprzecza. Bardzo podobnie jest z alkoholem. Wszyscy dookoła widzą, że masz problem, tylko nie ty.

To co pan radzi tej żonie?

Mówię o twardej miłości. Osoba uzależniona musi osiągnąć swoje dno. Czekanie, aż ktoś sięgnie dna, jest niebezpieczne, więc trzeba mu to dno podwyższyć. Wywołać kryzys. Robić wszystko, żeby ta osoba ponosiła jak najwięcej konsekwencji swoich zachowań. Jeśli mąż leży pijany, a dzwoni szef, co robi żona? Raczej nie daje męża do telefonu. No właśnie. A powinna. Powinna dać mu się skompromitować. Nie mówić, że jest chory, zmęczony, że go nie ma. On musi ponieść konsekwencje. To trudne. Nikt nie chce źle dla bliskiej osoby. Ja przecież nie mówię, że jest łatwo. Proszę bardzo, inny, jeszcze bardziej wyrazisty przykład. Do żony przychodzi sąsiadka i mówi: twój Waldek leży pod blokiem. Pijany, brudny, zarzygany. No to ona bierze dzieci, wciągają go do domu, myją, przebierają, kładą w czystej pościeli. I on się rano budzi, w głowie mu szumi, ale ogólnie jest mu przecież dobrze. Nie ponosi żadnych konsekwencji swojego picia. Nie wie nawet, w jaki sposób znalazł się w tej czystej pościeli. Chce pan powiedzieć, że powinna go zostawić na tym trawniku?! Tak właśnie! Powinna. Dla jego dobra. Jeśli się martwi, może anonimowo zadzwonić na pogotowie czy na policję, że tu i tu leży człowiek. Zabiorą go na dołek albo na izbę wytrzeźwień, to może coś do niego dotrze, jak już się ocknie. Naprawdę nie ma innej możliwości. Jeśli go zgarnie sama z tego trawnika, pomaga mu w piciu, bo nie pozwala mu ponosić konsekwencji.

Mówi pan o żonach i ich pijących mężach. A zdarzają się odwrotne sytuacje?

Mówi pan o żonach i ich pijących mężach. A zdarzają się odwrotne sytuacje? Rzadziej, ale oczywiście, że tak. Z pijącymi mężczyznami jest inaczej, bo wciąż mamy w głowie, że jak on dużo pije, to jest bohater, że może się swoimi alkoholowymi wyczynami pochwalić i nie jest to źle odebrane. A jeśli kobieta pije – to wiadomo, musiałbym użyć brzydkiego słowa.

Dlatego kobiety częściej się ukrywają ze swoim uzależnieniem.

Piją w samotności, wieczorami, kiedy już cała rodzina śpi. Te, które do mnie najczęściej trafiają, mają 30-40 lat, dzieci, mężów, pracę. I nagle coś im się zaczyna sypać. Wysiada zdrowie albo nie dają rady z pracą, domem. Pamiętam taką sytuację: on i ona, lubią imprezy, często też zapraszają gości do siebie, sympatyczni, wykształceni ludzie. Przychodzi do mnie mężczyzna i mówi, że jego żona stała się bardzo nerwowa i za każdym razem prosi, aby kupował jej znany ziołowy lek na bazie alkoholu. I dopiero po nim się uspokaja. Pytam o parę szczegółów i mówię mu wprost: pana żona jest prawdopodobnie uzależniona od alkoholu. Wtedy on zaczął się przyglądać i składać wszystko w całość: żona kładzie dzieci, idzie do kuchni jeszcze coś pozmywać, a do tego popija czerwone, wytrawne wino. No i potem ten „lek”, czyli tak naprawdę znowu alkohol. On, biegnąc za każdym razem do apteki, nieświadomie pomagał jej w tym. Z kobietami jest tak, że one rzeczywiście w ostatnich latach pojawiają się częściej. Ale te, które same przychodzą, są bardziej świadome, zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje, rzadziej szukają usprawiedliwienia.

Borys Szyc w jednym z wywiadów powiedział, że kiedy trafił do pana pierwszy raz, usłyszał, cytuję: „Wygląda pan tak, że może się jeszcze spokojnie napić. Niech pan jeszcze idzie, niech pan sobie tam zdycha na ulicy”. Zawsze pan taki ostry?

Jeśli przychodzi do mnie człowiek i tak naprawdę chce, żebym ja mu powiedział, że nie ma problemu, to na tym etapie nic z tego nie będzie. On sam musi dojrzeć do tego, że chce coś ze sobą zrobić. Ja mu oczywiście mówię, że czekam na niego i wielu wraca. Borys Szyc po dziesięciu latach. Ja nie owijam w bawełnę. Ja obnażam prawdę. Ale też staram się, żeby moi pacjenci wiedzieli, że mogą tu wrócić w każdej chwili. To nie jest tak, że ich wyganiam. Czasem mówię półżartem, że jak pan uważa, że to za mało, że jeszcze nie jest pan uzależniony, to niech pan idzie, wypije jeszcze wiadro wódki i jak pan po drodze nie umrze, to ja tu czekam

Słynie pan z tego, że leczą się u pana znani ludzie, prezesi firm, dobrze sytuowane osoby.

To najtrudniejsi pacjenci. Osoby dobrze sytuowane, na wysokich stanowiskach, które są uzależnione, nazywa się fachowo wysokofunkcjonującymi alkoholikami, po angielsku HFA, czyli High Functioning Alcoholic. Jeśli mówimy o naszych polskich realiach, to są to lekarze, prawnicy, aktorzy, księża, dziennikarze, prezesi korporacji. Na co dzień świetni fachowcy, którzy jednak pogubili się, a sukcesy ich po prostu przerosły. Z takimi jest najtrudniej, oni najrzadziej potrafią przyznać się do błędu. Do tego dzięki pieniądzom, tak zwanym życzliwym kolegom, sprawnym asystentkom i kochającym rodzinom nie ponoszą żadnych widocznych konsekwencji swojego picia. Do nich nie przemówi moja gadka, że znam wielu lekarzy, adwokatów, dziennikarzy, prezesów itp., którzy utracili wszystko. Nie dotrze do nich, że mogą skończyć tak samo. To grupa, która najczęściej odrzuca pomoc. Wysokofunkcjonujący alkoholicy nie dostrzegają swojej choroby.

To da się im pomóc?

Najczęściej jedyną drogą jest terapia najbliższych. To, o czym mówiłem wcześniej, twarda miłość, przybliżenie dna i ponoszenie konsekwencji. I to też nie jest łatwe, bo bliscy są często uzależnieni od takiego alkoholika, chociażby finansowo. Byłem świadkiem wielu katastrof, upadków karier, rozpadu rodzin. Jeśli sam uzależniony nie stanie pod ścianą, nie zechce się leczyć, to nic z tego nie będzie. 80 procent uzależnionych ukrywa swoje picie, a tym samym nie jest zdiagnozowanych. 90 procent uzależnionych nie leczy się. W grupie tych niezdiagnozowanych i odrzucających pomoc wielu to właśnie wysokofunkcjonujący alkoholicy. Może nie wierzą w skuteczność terapii?

Dlatego potrzebny jest kryzys, katastrofa, sięgnięcie dna.

Dopiero to może ich zmusić do kontaktu ze specjalistą. Mówi pan wprost człowiekowi: jesteś alkoholikiem, alkoholiczką? Nie, słowo „alkoholik” wciąż bardzo źle się kojarzy. Jest ono dla wielu obraźliwe. Mówię raczej, że ma pan czy pani problem z alkoholem.

W którym momencie zaczyna się uzależnienie? Gdzie jest granica?

Tam, gdzie kończy się kontrola. Jeśli uzależnienie porządkuje nam życie. Jeśli w pracy myślisz już o tym, że wieczorem wypijesz lampkę wina. Albo czekasz na weekend, bo wtedy sięgasz po alkohol. Planujesz picie. I kiedy przychodzi ta pora, nie umiesz się powstrzymać. Kiedy przez uzależnienie zaczynasz zawalać ważne dotychczas rzeczy związane z pracą czy rodziną. Znajdzie się wielu, którzy powiedzą, ale ja potrafię nie pić miesiąc czy nawet pól roku. Mam kontrolę. Tak, ja to nazywam niepiciem na dupościsku. Trochę jak z biegunką. Można powstrzymać, ale tylko na jakiś czas. Uzależnienie to choroba zaprzeczeń. Człowiek mówi sobie, no tak – piję, ale przecież poza tym funkcjonuję całkiem nieźle, pracuję, zarabiam. Uważa, że ma kontrolę. Piję, ale inni piją więcej. Zawsze się znajdzie jakieś usprawiedliwienie.

Czy można coś zrobić, żebyśmy pili mniej? Straszenie komunistami już raczej nie przejdzie.

Alkohol jest zbyt łatwo dostępny. Według zaleceń WHO jeden sklep z alkoholem powinien przypadać na 1000-1600 mieszkańców. W Polsce jest wiele miejsc, gdzie mamy taki sklep na 240 osób. Druga rzecz to alkohol na stacjach benzynowych. Dla mnie te dwie rzeczy powinny się wykluczać. Albo możliwość kupienia alkoholu w małych, poręcznych buteleczkach. Łatwiej taką schować do torebki i zabrać ze sobą do pracy niż pół litra.

To rzeczywiście ma aż taki wpływ na nasze wybory?

Są na to twarde dowody w postaci badań. Im alkohol jest bardziej dostępny, tym więcej ludzie piją. Zresztą wystarczy przykład z życia: wpadają znajomi, a w domu nie ma alkoholu. Jeśli sklep jest pod ręką, ktoś szybko wyskoczy i kupi. Jeśli nie – być może odpuszczą, bo nikomu nie chce się daleko jechać. Druga sprawa to edukacja dzieci. Ja nie mam poczucia, że to jest właściwie robione. Młody człowiek powinien wiedzę o szkodliwości alkoholu przyswajać na różnych lekcjach. Nie tylko na godzinie wychowawczej czy wiedzy o społeczeństwie, ale na biologii, chemii, fizyce…

Tylko potem przyjdzie do domu i zobaczy dorosłych, którzy świetnie się bawią przy butelce wina.

Bo my wciąż nie umiemy imprezować na trzeźwo. Jeśli zapraszamy gości, mamy poczucie, że obrażą się, jeśli nie będzie alkoholu. Wyjdzie, że jesteśmy złymi gospodarzami. To siedzi w nas bardzo głęboko. I nie będzie łatwo tego zmienić.

źródło: tvn24